Recenzja koncertu INDUKTI

    Niespełna sto pięćdziesiąt lat temu, Izydor Ducasse w swych „Pieśniach Maldorora” użył porównania „piękny jak przypadkowe spotkanie na stole prosektoryjnym maszyny do szycia i parasola”. Ów cytat powracał do mnie falami podczas koncertu warszawskiej formacji Indukti, który miał miejsce 01.12.2005 r. we wrocławskim klubie „Firlej”. Cytat siłą rzeczy musiał ulec swoistego rodzaju perturbacjom, gdyż na dobra sprawę, formacja Indukti uraczyła mnie w pełni świadomym połączeniem rockowej klasyki z nowoczesnym, nie do końca wyświechtanym przez 
media, graniem. Muzycy tchnęli powiew świeżości w skostniały zewłok rockowej progresji, potargały przez sadystyczno kombinacyjne skłonności niektórych muzyków. Przede wszystkim, sztuka Indukti nie bazuje na solowych popisach a'la sceniczna wirtuozeria w artystyczną próżnię, tylko stanowi dźwiękowy monolit, przytłoczony nieco nadmiarem muzycznej werwy. Programowa chropowatość, rozpostarta na skrzydłach natchnionej psychodelii, wbija się w układ nerwowy, kołysząc w arytmicznej matrze. Muzyka Indukti, choć wyraźnie 
koresponduje z dokonaniami takich grup jak m.in. King Crimson czy też Tool, stara się zachować autorską ambiwalencję, nie rezygnując z różnych form dźwiękowej ekspresji. Dodatkowym atutem, była oprawa wizualna, znakomicie dopełniająca bezimienną, instrumentalną refleksyjność opisywanego setu. 

     Indukti zaprezentowało niemal cały materiał z debiutanckiego krążka („S.U.S.A.R”), dodając kilka nowych kawałów. Interesujące jest to, w jaki sposób muzycy fechtują emocjami, bazując tylko i wyłącznie na instrumentalnych konstrukcjach. Przede wszystkim nie nudzą, co jest już sporym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, iż cały czas mamy do czynienia z muzyką rockową. Rozbudowane, wielopoziomowe konstrukcje utworów, wbrew pozorom, zachowują pewną dozę przystępności, co zdecydowanie wzmacnia bezpośredni odbiór. Finalnie, z przyjemnością słuchałem jak pojedyncze dźwiękowe impresje, nieśmiało nabierają jednolitego kształtu, staczając ponadczasowy bój o formalną oryginalność.
Recenzja pisana dla www.alternativepop.pl
autorem tekstu jest Marcin "asphodel" Jarmulski

Zamknij to okno